O możliwosci popłynięcia na rejs Londyn - Lizbona przeczytałam
na liscie
dyskusyjnej poswięconej szantom. Z początku odstraszyła mnie cena, ale
rodzina uparła się, że mi pożyczy pieniądze wiec co było robić -
zgłosiłam się. Z załogi znałam tylko jedną osobę i to tylko przez
internet. Nie wiedziałam dokładnie ile osób płynie, skąd są, w jakim wieku
ani jakiej płci. O jachcie udało mi się dowiedzieć więcej: mahoniowy opal
o długosci 14m, powierzchni żagla 80m^2 zarejestrowany na 9 osób. Nazwa
średnio romantyczna - S/Y "Polski Len", ale i tak wszyscy nazywali go
"Leniem" :-). Armatorem jest CWM Gdynia. Tuż przed rejsem skontaktowałam
się przez email z kapitanem Andrzejem Jaworskim (jak się pózniej okazało
- kolegą z roku mojego promotora). Znajomą mi wczesniej osobą był Piotr
Zadrożny, pierwszy oficer na rejsie.
Kapitan, pierwszy i ja pojechaliśmy razem autobusem do Londynu.
Nikt z nas nie znał miasta, a trzeba było trafić z dworca autobusowego do
doku Świętej Katarzyny, gdzie miał czekać na nas Leniu. Jako środek
lokomocji wybraliśmy metro i z miejsca okazało się, że metro chwilowo
jest niedostępne. Policja własnie szukała bomby. Jak wielokrotnie się
później przekonaliśmy, londyńczycy mają fobię na punkcie zamachów
bombowych. Jednym z głownych zadań policjantów jest uważne przeglądanie
zawartości koszy na śmieci, zaglądanie pod ławki i wypatrywanie
podejrzanych pakunków. W żadnym wypadku nie można zostawić swoich bagaży
bez opieki, bo od razu staną się potencjalnym źrodłem zagrożenia.
Dok Świętej Katarzyny leży koło Tower of London, tuż przy Tower Bridge, trafiliśmy więc bez większych problemów... i okazało się, że naszej łajby jeszcze nie ma. Powinna była być już dzień wczesniej. Najbardziej niepokojące było to, że nie mieliśmy od jej załogi żadnej wiadomości. Obsługa kapitanatu była miła, ale wykazała mierne zainteresowanie i żadnej chęci pomocy. Zwaliliśmy bagaże przy ławeczce pod portową knajpką i postanowiliśmy poczekać, w nadziei, że Leniu przypłynie wraz z następną wysoką wodą. Tamiza jest bowiem rzeką silnie reagująca na pływy i rytm żeglugi po niej określony jest godzinami przypływów i odpływów. Pod wieczór natknęliśmy się na Bogdana (drugi oficer) i Artura. Przyjechali stopem do Londynu tego samego dnia co my. Obsługa doku pozwoliła nam zostać na noc, ale nie wolno nam było spać ani odejść od bagaży. Skierowali na nas kamerę. Z nudow robiliśmy przed nią występy. Bogdan z Arturem postanowili iść z namiotem do parku i tam się przespać a nasza trójka została. O drugiej w nocy dokuczliwy zimny wiatr skłonił mnie do przespacerowania się. Wyszłam więc z terenu potru i moim oczom ukazał się uniesiony Tower Bridge i podążający w jego kierunku olbrzymi prom. Zdawało się, że nie ma szans aby zmiescił się pod mostem. Jednak przeszedł, choć jego sylwetka całkowicie wypełniła światło mostu. Rano w porcie zjawili się pozostali dwaj załoganci - dwóch Bartków, Bartłomiej - trzeci oficer i Bartosz. Byliśmy już w komplecie, jacht jednak się nie pojawiał. Telefony do Polski nie wniosły nic nowego. Nikt nie mial żadnej wiadomości o "Polskim Lnie". Jedyne co mogliśmy zrobić to czekać przy naszym dość pokaźnym stosie bagaży. Po poludniu zaczęliśmy mysleć o noclegu. Udało nam się znaleźć schronisko młodzieżowe typu "bed & breakfast" za 14 funtów od osoby. Spaliśmy tam we trójke: Andrzej, Piotrek i ja. Bartki mieli gdzie mieszkać u rodziny/znajomych a Bogdan z Arturem zostali przy namiocie. Dotarcie do schroniska okazało się uciążliwe, gdyż w metrze panowała duchota. Metro londyńskie jest bardzo rozbudowane, ale wąskie korytarze i stacje mogą przyprawić o klaustrofobię. Dodatkowo dźwigaliśmy nasze bagaże. Okolica, położonego koło północnej części Hyde Parku schroniska, przypominała mi atmosferą Manahattan w okolicach 50 - 60 ulicy. Wieczorem Hyde Park jest pełen ludzi wypoczywających na trawie, grających w piłkę, spacerujących, biegających, jeżdżących na wrotkach,... Rano wróciliśmy do doku. Jachtu nie było. Żadnych wiadomości nie było. Ten dzien przeznaczyliśmy na zwiedzanie. Podjechaliśmy metrem w okolice Big Bena. Stamtąd przeszliśmy się w stronę Trafalgar Square a następnie zawróciliśmy w kierunku pałacu Buckingham. Tam czekała na nas niespodzianka - parada gwardzistów w wysokich, czarnych czapach. Gdy gwardia przeszła, z palacu wyjechała piękna, złocona bryczka. Niestety nie udało mi się zidentyfikować, kto był w środku. Z pałacu Buckingham udaliśmy się do Westminster Cathedra. Nie weszliśmy jednak do środka. Wstęp był platny no i trzeba było czekac w długaśnej kolejce. Nie odwiedziliśmy zresztą w Londynie żadnego muzem choć na pewno warto było wstąpic do, znajdującej się koło doku, Tower of London. Jeśli się nie mylę trzymane są tam klejnoty koronne, w tym słynny Koh-i-noor. Musieliśmy oszczędzać pieniądze, gdyż w Londynie jest piekielne drogo a wyglądało na to, że czeka nas kolejna noc w schronisku. Tak też się stało. Zaczęliśmy już kombinować jak i za co wrócić do Polski a myśli mieliśmy niewesołe... Wreszcie trzeciego dnia oczekiwania i czwartego dnia po czasie jacht przypłynął. Okazało się, że szef poprzedniej załogi - kapitan Onisk spóźnił się celowo. Nie mając już czasu zdecydował się odwiedzić Amsterdam, zamiast plynąć prosto do Londynu. Co więcej nie przyszło mu do głowy, żeby kogoś o tym powiadomić, podczas gdy my już byliśmy gotowi ogłosić zaginięcie jachtu i wszcząć akcję poszukiwawczą. Nie pomyślał, że swym opóźnieniem naraża nas po pierwsze na duże koszty a po drugie zabiera nam możliwość zdążenia do Falmouth na rozpoczęcie Operacji Żagiel. Postanowiliśmy jednak nie tracić czasu na spory. Przejęliśmy szybko jacht (sobota, 11 lipca a nie 7 lipca jak było w umowie), wypełniliśmy zbiorniki wodą pitną, zrobilśmy zakupy w sklepie sieci safeway (tanio)(tani gąbczasty angielski chleb, na który skazani byliśmy potem przez cały rejs) i następnego dnia, po południu ruszyliśmy Tamizą w kierunku morza. Do Falmouth powinniśmy byli zdążyć na 16 lipca rano, ale szanse były małe, gdyż prognoza pogody przewidywała silny przeciwny wiatr.
Zaraz na poczatku rejsu podzielilismy się na trzy, czterogodzinne wachty.
Przypadlo mi w udziale towarzystwo drugiego oficera, czyli Bogdana.
Pierwsza wachte tworzyli Piotrek z Arturem a trzecia dwa Bartki.
Przez sluze portu Swietej Katarzyny wyszlismy na szerokie wody Tamizy i zostawilismy za rufa Tower Bridge - po raz pierwszy widziany z wody. Rzeka wila się wsrod wiezowcow. Za kazdym zakretem wylanialy się wciaz nowe bloki. Musze przyznac, że zegluga przez miasto robi duze wrazenie. Za ktoryms z rzedu zakretem, na prawym brzegu, ujrzelismy zabudowania Greenwich. Wrocilsmy wiec na wschodnia polkule. Ponizej w porcie widnialy maszty slynnego klipra Cutty Sark, tego samego, od ktorego wziela nazwe Operacja Zagiel - Cutty Sark Tall Ships Races. Tereny wokol rzeki nabraly teraz charakteru przemyslowego. Po drogach przemieszczaly się rzedy TIRow z ladunkiem zabranym z cumujacych przy brzegach kontenerowcow roznej masci. Wzdluz Tamizy rozciagaly się silosy do przechowywania towaru. Zaczynalo już zmierzchac, gdy rzeka rozlala się tak szeroko, że niemal nie było widac jej brzegow. Skonczylam wachte i poszlam spac. Obudzilam się, gdy cumowalismy do boi plywowego portu Queensborough. Trzeba było poczekac do rana na wysoka wode, gdyz zegluga stala się niebezpieczna. Rano ruszylismy w strone wod Morza Polnocnego i Kanalu La Manche. Rejon ujscia Tamizy okazal się ciekawy i jednoczesnie trudny nawigacyjnie. Masa znakow kardynalnych oznaczajacych mielizny i wrakowiska, przecinajace się tory wodne i duzy ruch statkow czynia te wody swietnym terenem do szkolenia przyszlych sternikow. Znow skonczylam wachte i poszlam spac. Gdy się obudzilam jachtem cos dziwnie szarpalo i kiwalo... Jeden kolega kleczal nad miska w kambuzie i wydawal niezbyt podnoszace na duchu odglosy, dwoch lezalo w koi a dwoch meczylo się na deku - mieli wachte. Potrzeba fizjologiczna wygnala mnie na poklad (mielismy co prawda na jachcie kingston(*), ale poprzednia zaloga utopila pompke, wiec przez caly rejs chodzilam na rufe - tak zwane blaski i cienie zeglarstwa...). Na rufe już nie doszlam. Dopadlam relingu i... ogladalam rybki za burta ;-)... a może to były labedzie? No bo przeciez nie pawie... Zeby było wygodniej, na zewnatrz wyszlam bez sztormiaka i za kare wrocilam mokra. Slone bryzgi co i raz dopadaly wszystkich przebywajacych na pokladzie (a czasem wdzieraly się do wnetrza) Wiala siodemka, halsowalismy się na wiatr a fale były duze i krotkie - stad szarpanie - dziob unosil się a nastepnie z loskotem spadal w dol. Już samo patrzenie na rozfalowana wode zle na mnie dzialalo... a do tego to kiwanie... W kazdym razie obiecywalam sobie solennie, że już nigdy, ale to nigdy nie poplyne na morze - nie dosc, że place to jeszcze się tak mecze, a moglabym lezec w stabilnym lozeczku w domu... Nastepnego dnia, byłam już w stanie uniesc glowe i patrzec w morze. Po dobie niejedzenia zdecydowalismy się zrobic jakies kanapki. Na kolejnej wachcie ujrzalam latarnie Beechy Head - klifowego cypla wysunietego dosc daleko w morze. bylismy już calkiem blisko niego, gdy podmuch wiatru i fala odkrecily mocno lodke. Bogdan skontrowal sterem i w tym momencie trzasnal lancuch sterociagu. Ustawilismy się w dryf i zrzucilismy szmaty. Krotki zapasowy rumpel i silnik nie pozwolily na plyniecie do przodu. Musielismy wiec cofnac się z wiatrem az do Dover. Na dobitke, tuz przy Dover silnik zaczal tracic obroty, na szczescie udalo nam się wejsc calo do portu. O ile ze sterociagami poradzilismy sobie szybko, o tyle za sprawa silnika zatrzymalismy się w Dover az na 4 dni. Znalezlismy speca od Volvo Penty. Obejrzal slinik, polamentowal nad jego stanem (filtry nie czyszczone od paru lat - chwala armatorowi) i skutecznie odwlekal wszystkie dzialania. Obiecywal nam cos na za 15 minut, po trzech godzinach interweniowalismy, wiec mowil: tak, tak, za 15 minut.. kolejna godzina... W rezultacie wiekszosc napraw dokonal wlasnorecznie trzeci oficer, za co naleza mu się duze brawa. Wlasciwie to CWM powinien mu zaplacic i to duze pieniadze. Bartek tak wyregulowal silnik, że pozniej nie mielismy już zadnych problemow z jego uruchamianiem i praca. Przy okazji postoju zrobilismy szczegolowy przeglad jachtu. Wlasciwie nie wiem, czy o tym pisac. Ladny jacht, w ogolnie dobrym stanie, ale zaniedbany. Nawet drobiazgi nie wymagajace duzych nakladow finansowych dawaly się we znaki: niewykonczone liny, zle ustawiony log (zanizal predkosc), nieuszczelniony kadlub i wiele innych. Tak jakby CWMowi nie zalezalo na posiadanych jachtach. Dover jest niewielkim miasteczkiem polozonym wsrod slynnych Brytyjskich bialych klifow. Na wzgorzu nad portem kroluje typowy angielski zameczek (wstep 6 funtow). W samym miasteczku zas, wsrod zabudowan można znalezc wiele obiektow z poczatku tysiaclecia (glownie kosciolow). Najwieksze wrazenie zrobily na mnie jednak mewy. Tak jak w wiekszosci miast znane sa golebie chodzace po placach i zebrzace o okruchy chleba, tak tu role ta pelnily duze biale mewy o zoltych dziobach. Widzialam jak jedna z nich podjela atak na knajpke - zobaczyla za szyba jedzacych ludzi, usiadla wiec tuz przy szybie na oparciu plastikowego krzeselka, krzeslo się chybnelo i mewa, w dosc zabawny sposob, ratowala się wygibasem do przodu i machaniem skrzydlami. Postoj w Dover sprawil, że szanse na dojscie do Falmouth w rozsadnym czasie upadly. Wyslalismy wiec fax (1 funt), że nie zdazymy na start regat i idziemy prosto do Lizbony. Dokupilismy brakujace mapy, zaopatrzylismy się w tani model GPSa (**), żeby ulatwic sobie zegluge po oceanie i wieczorem, 18 lipca, w sobote, opuscilismy wreszcie miejsce przymusowego postoju. Pelni obaw o chorobe morska wroclismy na wody kanalu walczyc z wciaz silnym i przeciwnym zachodnim wiatrem. Dojscie do Beechy Head, gdzie dopadla nas awaria zajelo nam niemal dobe... (*) kingston - otwor w burcie statku, zazwyczaj tym mianem okresla się jachtowa toalete. (**) GPS - Global Positioning System. System do nawigacji, oparty na satelitach - droga radiowa namierza się satelity (zazwyczaj w polu widzenia jest ich kilka) i okresla polozenie geograficzne.
Plynelismy teraz w nowym systemie wacht. W Dover opuscil nas Artur,
ktoremu konczyl się urlop. Mielismy wiec teraz dwoch oficerow - Piotra -
pierwszego i Bartlomieja - drugiego oraz trzech zalogantow. Oficerowie
wachtowali w stalych godzinach, na zmiane co 6 godzin, a zaloga zmienala
się funkcjami: kazdy oficer mial po jednym zalogancie, a trzeci zalogant
pelnil funkcje kuka. Oficerowie mieli dobrze, bo regularne wachty, a my
też mielismy dobrze, bo wypadalo nam wiecej czasu na odpoczynek.
Beechy Head osiagnelismy niemal dobe po wyjsciu z portu, 19 lipca. W tym samym czasie, w Falmouth trwal start do regat Cutty Sark. Zgodnie z prognoza pogody wciaz wialo z zachodu 4 do 5. W pewnym momencie odkrecila się wanta, co na szczescie zauwazone zostalo w pore wiec obyło się bez przykrych niespodzianek w postaci wywroconego masztu... Zdarzaly się jednak chwile spokojniejsze. Jedna z nich wykorzystal Piotr Pierwszy i przywiazal na rufie zakupiona w Dover zylke z blystka. Po pewnym czasie przypomnial sobie o niej i wyciagnal - na haczyku dyndala makrela. Wrzucil wiec znowu blystke, gdy po jakims czasie wyciagnal, znow znalazl makrele. Do akcji wkroczyl Bogdan. Wrzucal zylke do wody od razu zwijal, zdejmowal makrele z haczyka, wrzucal blystke, zwijal, zdejmowal, wrzucal... Jednym slowem wpadl w trans. Co gorsza nie chcial przestac, choc zaczynalo się sciemniac i nikt już nie mial ochoty patroszyc rybek. Zjedlismy je smazone na patelni, doprawione ziolami (tajemnica kuka i Piotrka). Pyszne było ich biale miesko :-). Najgorzej mial kuk - Bartosz, bo zmuszony był tkwic nad patelnia ze dwie godziny chyba, ale zaloga, a co najwazniejsze kapitan, była wniebowzieta. Zegluga po kanale Angielskim ma jedna denerwujaca ceche: plywy powoduja powstawanie dosc silnych pradow. Te zas, raz pomagaja i plynie się szybciej a raz hamuja. I to skutecznie. Zdazalo nam się nawet plynac do tylu wzgledem brzegu. W szczegolnosci utkwilo mi w pamieci kolysanie się na fali w poblizu wyspy Wight. Plynelismy i plynelismy, a wyspa wciaz w tym samym miejscu. Generalnie, posuwalismy się jednak do przodu. Kolejno mijajac swiatla Wight, Weymouth, Plymouth, az wreszcie dwie i pol doby po starcie regat znalezlismy się na wysokosci Falmouth. Trzeba było obrac jakas taktyke. Radio BBC4, towarzyszace nam ze wzgledu na komunikaty o pogodzie, przez niemal caly rejs, zapowiadalo wiatr z zachodu o sile wzrastajacej do 7 a nawet 8, odkrecajacy pozniej na polnocny. Master zdecydowal nie pchac się w Biskaje. W razie sztormu z zachodu moglibysmy tam utkwic na dobre. Poplynelismy wiec dalej na zachod w strone wysp Scilly. Wieczorem udalo nam się zlapac przez "ukaefke" "Zawisze Czarnego". "Zawias" zle chodzi na wiatr, dlatego, mimo trzech dni od startu regat wciaz kolyslal się w poblizu Wysp Brytyjskich unoszony pradami i przeciwnymi wiatrami. Tymczasem fala rosla a wiatr się wzmagal. W nocy wiatromierz pokazywal momentami 8. Moj sztormiak nie chronil mnie niestety w pelni przed falami - na wachte trzeba było zakladac mokre ciuchy. Sol i woda na okularach utrudnialy wypatrywanie swiatel statkow, ale podtrzymywala mnie mysl: "A wlasnie, że dojdziemy do tej cholernej Lizbony". Na szczescie nikt z nas już nie chorowal. Kolo polnocy spostrzeglam na wodzie nikle blyski. Poczatkowo wzielam je za odbijajace się gwiazdy, ale okazalo się, że to swiecacy plankton. Od tej pory towarzyszyl nam co noc, az do Lizbony. Wyplywalismy na otwarte wody Atlantyku. Wiatr coraz bardziej zmienial kierunek na nordowy i wkrotce zmienilismy hals i poplynelismy na poludnie. Nareszcie! Koniec kaprysnego kanalu, koniec pradow i halsowki na wiatr. Od rana pogoda była sloneczna. Wiatr co prawda silny, ale od rufy. Postawilismy apsla i bezana, rozrefowalismy grota i dodalismy jeszcze jeden przedni zagiel - pelna gala. Zachwycila nas fala oceaniczna - duza.. mysle, że momentami dochodzaca do 4 metrow, ale to ciezko ocenic. I do tego dluga. "Leniu" lagodnie to unosil się to opadal. Co jakis czas wolalismy przez radio "Zawiasa", ale bez odzewu. Uznalismy, że dostal wiatr w plecy, postawil szmaty i poszedl do przodu znikajac z zasiegu ukf-ki. Po poludniu skonczylam wachte i poszlam spac. Pierwszy raz obudzil mnie okrzyk Bogdana: "Wieloryb!". Wszyscy, ktorzy akurat odsypiali wachte, zerwali się na rowne nogi i stloczyli w zejsciowce, podejrzewajac Bogdana o glupi dowcip. Wieloryb bowiem się już nie pokazal. Druga pobudka była jeszcze dziwniejsza. "Pierwiastek z dwoch!!" uslyszalam triumfalny glos Andrzeja. Co jak co, ale na morzu się tego nie spodziewalam. To dyzurujaca akurat wachta, pod kierunkiem kapitana, usilowala ustalic czynnik, o ktory nasz log zanizal predkosc jachtu. Nastepnego dnia Bogdan zostal zrehabilitowany - zobaczylismy wieloryby. Niestety (a może na szczescie?) z daleka. Wysoko w gore wystrzeliwaly fontanny wody, zwykle dwu albo trzykrotnie a potem znikaly. Wieloryby wyraznie plywaja parami, bo fontanny były podwojne.. no chyba, że ja malo znam ich anatomie... ale wydaje mi się, że maja tylko jeden otwor oddechowy.. Znacznie lepiej natomiast, można było się przyjrzec delfinom. Podplywaly calym stadem i prezentowaly rozne ewolucje: skoki solo, skoki parami lub w wiekszej liczbie, przeplywanie pod dziobem jachtu, "plywanie synchroniczne" (nasze wlasne okreslenie sposobu w jaki maly delfin nasladowal ruchy duzego delfina u jego boku). Plywanie w towarzystwie delfinow jest niesamowitym przezyciem, przynoszacym wiele radosci. Przemile te ssaki odwiedzaly nas wielokrotnie w czasie podrozy. Stracilismy natomiast towarzystwo mew - znak, że lad był daleko. Nawet ten najblizszy lad, czyli dno, się oddalil. W kanale echosonda pokazywala 50 - 70 metrow. Teraz wariowala. Nie była w stanie namierzyc sygnalu odbitego na glebokosci ponad 2000m. Wedlug mapy mielismy czasem pod soba nawet piec kilometrow toni wodnej. Dni mijaly spokojnie. Wiatr, wciaz nordowy o sile 4 do 6B, uprzejmie pchal nas na poludnie. Nie wykorzystywalismy już kazdej wolnej chwili na sen. Polpoludniami siadywalismy cala zaloga na deku i spiewalismy rozne piesni , nie tylko morskie. Piotrek jest znakomitym gitarzysta. Wspolnie z Bartkiem tworzyli zgrany duet. A ze Bartek jest Zakopianczykiem, to nierzadko na srodku Atlantyku rozbrzmiewaly przyspiewki goralskie :-). Wreszcie, 26 lipca, przez ukf-ke zadzwieczaly nawolywania w jezyku hiszpanskim. Bylismy już kolo polwyspu Iberyjskiego, niedaleko Coruni. Znow zaczely odwiedzac nas mewy. Pod prawy saling grotmasztu wciagnelismy bandere hiszpanska. Do Lizbony zostalo nam jakies 300 Mm. Liczylismy, że przy tej pogodzie dojdziemy tam w niecale trzy dni, robilismy bowiem ponad 100Mm dziennie. Już od jakiegos czasu nocne wachty zdominowane były marzeniami o prysznicu, telefonie do domu i czyms do picia, co nie byłoby herbata. No i o swiezym chlebku, gdyz ten brytyjski po pierwsze dawno już nam się przejadl, a po drugie zaczal plesniec. Teraz wszystkie te marzenia się wzmogly. Ponowilismy też nawolywania "Zawiszy" i innych polskich jachtow, ale nie było odpowiedzi. Sprawa stawala się pilna, gdyz potrzebowalismy wiedziec w jakich godzinach jest wysoka woda na Tagu, nad ktorym lezy stolica Portugalii, i jakie tam sa prady. Minelismy Vigo i wkrotce bandere hiszpanska zastapilismy portugalska - zblizal się kres podrozy.
Sila wiatru rosla. Stan morza też. Fale dopadajace nas od rufy mocno
bujaly lajba skutecznie utrudniajac wszelkie czynnosci wykonywane
pod pokladem. Zarefowalismy grota. W trakcie zeglugi srzelily nam już dwa
faly. Wchodzenie na maszt w celu zalozenia nowych na rozbujanym morzu jest
zbyt niebezpieczne. Balismy się wiec, że nie bedzie na czym stawiac zagli.
Pod wieczor na horyzoncie ukazaly się rozrzucone po morzu skaly. Znak, że
Lizbona jest blisko. Doczekalismy się wreszcie reakcji w eterze. Zamiast
"Zawiszy" zglosil się "Nauticus". Dowiedzielismy się ze:
- dzis w Lizbonie było zimno - tylko 32 stopnie - "Dar Mlodziezy" i "Iskra" stoja na redzie a nie w porcie - nie wiedza nic o "Zawiszy". Podali tam też godziny wysokiej i niskiej wody. Skonczylam, przypadajace tego akurat dnia na mnie, kukownie i polozylam się do koi. Zasypiajac slyszalam, że wachta zrzuca grota... Obudzilam się w Lizbonie. Stanelam w zejsciowce i zobaczyam... palmy... :-)). Ku swemu zaskoczeniu zostalam poinformowana, że przespalam podarcie dwoch zagli, uszkodzenie steru oraz wlaczanie i wylaczanie silnika. Przysiegam, ze nic nie pilam przed snem! Ster się uszkodzil w ten sposob, że można było skrecac tylko w jedna strone. Dlatego też zatrzymalismy się w pierwszej z brzegu marinie. Polozona była nieszczegolnie - tuz kolo duzego, wiszacego, czerwonego mostu (dobry punkt orientacyjny w Lizbonie). Z mostu dobiegal halas pedzacych samochodow oraz ekip budowlanych prowadzacych tam jakies prace. Na dokladke, nad glowami co i rusz schodzily do ladowania samoloty. Na szczescie dosc szybko się stamtad wynieslismy i podplynelismy do doku przerobionego na port Operacji Zagiel. Minelismy ustawione kolejno poteżne zaglowce pod banderami roznych krajow, w tym miedzy nimi nasza rodzima "Pogorie". Mniejsze jachty staly burta w burte po przeciwnej stronie doku. Przypadlo nam miejsce obok zalogi hiszpanskiej. Na miejscu czekala nas prawdziwa niespodzianka. Okazalo się, że jestesmy drugim, malym polskim jachtem (pierwszym był "Nauticus"), że "Zawisza" jest jeszcze 300Mm od Lizbony (!), że przyszlismy niecala dobe za pierwszymi jachtami naszej klasy (a startowalismy dwie i pol doby pozniej) i ze jestesmy w czolowce jachtow wogole. Najlepiej o tym swiadczylo nasze ustawienie. Bylismy drudzy od pomostu a pozniej za nami przycumowaly jeszcze 3 jachty. Taktyka Andrzeja okazala się byc na miare zwyciestwa. Niemal wszystkie inne jednostki poszly do Lizbony "na skroty" przez Biskaje i mialy tam duzo gorszy (slabszy) wiatr niz my na Atlantyku. Szkoda, że nie bylismy klasyfikowani, bo moglismy byli wygrac te regaty... Ach, ten kapitan Onisk... W wyniku korzystnej pogody wiekszosc jachtow przybyła na mete wczesniej niz przewidywali organizatorzy. Oficjalne rozpoczecie Cutty Sark w Lizbonie mialo się odbyc 31 lipca. Do tego czasu zalogi organizowaly sobie czas i zajecia same i musze wam powiedziec, że to były chyba najwspanialsze chwile z calego rejsu... Choc obawiam się, że nie uda mi się oddac panujacej tam atmosfery. Jak wspomnialam jachty staly burta w burte, integracja zalog postepowala wiec automatycznie i szybko. Stalismy za Hiszpanami, a za nami ustawily się trzy jachty angielskie. Co rano Hiszpanie witali nas przyjaznym "hola". Pierwszego wieczoru Anglicy wyprawiali urodziny swojemu skipperowi. Zeszlo się chyba pol portu. Zniknely wszelkie bariery narodowosciowe. Najbardziej aktywni byli marynarze z zaglowca meksykanskiego - poubierani w biale mundury i bardzo dumni ze swej jednostki. Bardzo też przy tym sympatyczni. Zauwazylam, że cieszyli się szczegolnym powodzeniem u Angielek ;-). Impreza Anglikow zakonczyla się wspolnym spiewaniem na naszym jachcie. Ze wzgledu na upal, ulubiona gra towarzyska za dnia, było polewanie siebie nawzajem a przy okazji i turystow ogladajacych jachty, kubelkami z woda. Na wieczor dostalismy zaproszenie od Hiszpanow na ich narodowa potrawe z ryzem. W miedzyczasie doplynal wreszcie "Zawias", wiec poszlismy w gosci skosztowac prawdziwego polskiego chlebka i kielbaski ("Zawisza" przewozi je mrozone). Gdy wrocilsmy dostalismy zaproszenie od Belgow na party. A na naszym jachcie ujrzelismy 100 kilo bananow w skrzynkach! Okazalo się, że z Lizbony wyplywal wlasnie wloski kontenerowiec z polska zaloga. Uszkodzila im się jakas ladownia i powiedzieli, że albo wezmiemy te banany, albo oni je wyrzuca. Wszystkie polskie jednostki zorganizowaly wiec w pospiechu (bo kontenerowiec już już wyplywal) przeladunek bananow. Od tej pory Polacy w Lizbonie byli znani z tego, że rozdawali banany (jako typowe polskie owoce z gor :-) ). Tymczasem Hiszpanie, zamast gotowac potrawe z ryzu przyrzadzili 4 olbrzymie kotly ponczu z sangrii i sprosili kogo się da. Ludzi przyszlo tyle, że duze pontonowe pomosty co i rusz znikaly pod woda (czemu towarzyszyl pelen aplauzu chor glosow). Poncz wszystkim bardzo smakowal. Meksykanie, aby nie pozostac dluznymi przyniesli tequille, a Rosjanie.. spirytus %-). My czestowalismy... bananami. Po jakims czasie zabawa przeniosla się do Belgow... Może to sprawiac wrazenie wielkiej pijatyki, ale tak nie było. Napoje były tylko dodatkiem. Najwazniejsze było to, że wszyscy ci mlodzi ludzie rozmawiali ze soba (a były wspolne tematy - przezycia z rejsu), razem spiewali, opowiadali o sobie. Była też wspolna gra w kosza, pilke plazowa i futbol. Szkoda, że nie kazdy mlody czlowiek ma okazje przezycia takiego spotkania. Mysle, że na swiecie było by wtedy znacznie wiecej tolerancji. Czas w Lizbonie uplynal nam nie tylko na zabawie. W ciagu dnia zwiedzalismy miasto (jako uczestnicy Cutty Sark moglismy korzystac z komunikacji za darmo). Lizbona lezy na kilku wzgorzach. Charakterystyczne sa dla niej waskie uliczki, kamiennice pokryte ozdobna terakota i brukowane chodniki. Widac wciaz jeszcze slady trzesienia ziemi (nie jestem pewna, ale chyba jeszcze z zeszlego stulecia). Ludnosc wyraznie nie jest zamożna. Jest za to bardzo zyczliwa. Gdy spytalam pewna kobiete o bank, w tlumaczenie jak trafic zaangazowalo się wnet pol ulicy. Ludzie tam nie spiesza się. W warzywniaku można zamowic kawe i pogawedzic ze sprzedawca. W kazdej knajpce jest telewizor. Mieszkancy wstepuja tam wieczorami na piwo i ogladaja mydlane opery. Pod ministerstwem obrony narodowej natknelismy się na spiacego bezdomnego a kawalek dalej dwoch ludzi grzebiacych w smietniku (tuz przy budynku ministerstwa). U nas jest to jednak nie do pomyslenia. Miejscowe potrawy zwiazane sa z morzem. Najbardziej charakterystyczna to sardynki. Skosztowalismy też zupy chlebowej. Niezbyt mnie zachwycila - woda z tluszczem, posolona i solidnie poczosnkowana, w niej namoczony chleb i jajko sadzone. Obecnie, glowna atrakcja Lizbony jest Expo'98 - poswiecone morzu. Organizatorzy regat zafundowali nam wstep, ale jeden dzien to za malo na obejrzenie wszystkiego. Polska chwali się na Expo bursztynami. Wystawa jest nawet dosc efektowna, nie wiem tylko dlaczego w tle puszczaja muzyke Pendereckiego. Nie ma nic wspolnego ani z morzem, ani z bursztynami. Może to na tej samej zasadzie, na jakiej u Rosjan w temacie morza pojawily się sputniki a u Chinczykow rakieta? A w sobote 31 lipca na "Lenia" przyjechala już nowa zaloga. Przyszlo nam w koncu pozegnac się z wysluzonym jachtem, z nowymi przyjaciolmi i ze soba nawzajem. W niedziele ruszylam do domu. |
| to "sailing" page, | na strone zeglarska |
| to Monika's home page, | na strone Moniki |

Monika Trochimczuk, trochim@fuw.edu.pl